TADEUSZ SEWERYN

prof. dr Tadeusz Seweryn

CHŁOPSCY POTOMKOWIE IKARA
rozdział z książki: „Technicy i wynalazcy ludowi"

  Seweryn Goszczyński zanotował w swoim Dzienniku podróży do Tatr, odbytej w r. 1832: "Niedawno jeden góral przedsięwziął tajemnice latania. Kilka lat poświęcił on wymyśleniu i zrobieniu skrzydeł. Mniejsze próbki zadowalały go i utwierdzały w zamiarze, przyszła wreszcie chwila próby na skalę większą. Zaczął od dachu własnej chaty i poszło mu pomyślnie, to go ośmieliło na większą wysokość. W tym celu wyszedł na skałę znacznej wysokości, rozpuścił swoje skrzydła, wyleciał, ale nie mógł utrzymać się długo w potrzebnej równowadze, spadł na ziemię nie po ptaszemu i obie nogi złamał". Niedługo potem pracować miał nad skonstruowaniem skrzydeł do latania wszechstronnie utalentowany góral, Wojciech Kułach z Gliczarowa (1810-1893), zwany "Wawrzyńczakiem", budowniczy, rzeźbiarz i kowal w jednej osobie oraz człowiek, któremu na Podhalu przypisuje się wynalezienie specjalnych klinów do rozszczepiania grubych jedli: "Działalność jego - pisze dr L. Wyrostek - otaczano pewną tajemniczością. Chodziły słuchy o jego niezwykłych projektach, jakichś machinach, których szczytem miały być skrzydła do latania. Powiadali, że z tym zamiarem się nosił, jeno podobno skór owczych trzeba było dużo, a byłby to wydatek znaczny. Ostatecznie w powietrze się nie wzniósł, ale mimo wszystko wyrósł ponad współczesnych mu ludzi na Podhalu". Nieco później próbował lotu na swoich skrzydłach Jan Nastaj z Goruszowa (1834-1904), rzeźbiarz i malarz ludowy, pisarz gminny, technik samouczny, restaurator obrazów i sławny w okolicy "czarownik". W Żelichowie w powiecie dąbrowskim opowiadano mi w r. 1933, że "Nastaj zrobiuł takie płóciane lota, przypion je do pleców, wysed na stodołę i fruknuł. Krzynke go ta niesło, a potem zepsuło mu się cosik, no i spod, o mało nogi nie złomoł, ale tych lotów już nie naprawiuł". Co się nie udało tym i innym "latawcom", tego dokonał krakowski chłop pańszczyźniany, Jan Wnęk z Kaczówki koło Dąbrowy Tarnowskiej (1828-1829), cieśla, budowniczy stawiający kościoły, rzeźbiarz niebywałego rozmachu, wynalazca biedzący się nad skonstruowaniem samochodu i twórca "ornitoptera", czyli skrzydeł do latania, na których dokonywał zlotów z wysokiej wieży w Odporyszowie w latach 1867-1869. Ten niezwykły człowiek, którego życie rozwijało się jak barwny, interesujący film, twórca żyjący jedynie pasją tworzenia, zabierał się do urzeczywistnienia swojego pomysłu podobnie jak wielki Leonardo. Nim postanowił zbudować skrzydła, na których chciał przelecieć odległość około ośmiu km, t j. z kościoła w Odporyszowie aż do Kaczówki, miał już pewien pomysł zalążkowy. Chodziło mu tylko o sprawdzenie jego racjonalności lub rozwinięcie go wedle prawidła, istniejącego w przyrodzie. Podpatrywał lot ptaków, interesował się budową skrzydeł czajki i dzikiej kaczki albo też zamykał się w swojej pracowni, rozkładał na podłodze listwy, kółka metalowe, kluby, zawiasy i sznury, przemyśliwując długo. Skrzydła jego pomysłu składały się z drewnianych listewek obciągniętych płótnem, które nasycił warzonym olejem. Przymocowywał je pasem do nóg powyżej kolan i do piersi. Opowiadał mi o tych skrzydłach zięć Wnęka, Józef Zołądź: "Miał na sobie popręgi, a na nogach strzemiona. Jak wyprostował nogi, to się te lota zgięły jak u ptaka". Na tych skrzydłach, o których konstrukcji nic ponad te ogólnikowe informacje nie wiemy, dokonał Wnęk kilku zlotów z wieży kościelnej w Odporyszowie, a ostatniego - w 1869 r. podczas odpustu w Zielone Święta. Przyczyną katastrofy tego lotu miał być rywalizujący z nim na polu sztuki rzeźbiarskiej Michał Sowiński z Żabna, jego najbliższy współpracownik w wykonywaniu figur do drogi krzyżowej, zawistny o szacunek, jakim otaczano Wnęka. Kiedy bowiem Wnęk przypiął sobie skrzydła do ramion i nóg, a bez uszkodzenia ich nie mógł o własnych siłach wejść na okno dzwonnicy, prosił Sowińskiego, aby go podniósł. Sowiński miał go wtedy pchnąć z wieży i tym zdradzieckim czynem pozbyć się swego rywala. Wnęk nie mógł chwycić równowagi, miotał się w powietrzu, aż spadł "Na źródłach" pod lasem, w odległości przeszło pół kilometra od kościoła. Potłukłszy się ciężko, zaniemógł i już nie podniósł się z łoża. W księdze umarłych probostwa odporyszowskiego znajduje się pod datą 10 lipca 1869 r. krótka notatka, że w 41 roku życia Johannes Wnęk lignifdber reliąuit wzorem Ludouicam Ciombor (Cieśla Jan Wnęk opuścił żonę Ludwikę Ciombor). Śmiały czyn 41-letniego Wnęka nie znalazł uznania w tłumie pątników zgromadzonych na odpuście w Odpóryszowie, bo jak mówiono, ryba ma pływać w wodzie, ptak latać w powietrzu, a człowiek chodzić po ziemi. Nie ulega wątpliwości, że odważny wysiłek Jana Wnęka zakłócił w umysłach tłumu ustalony od wieków porządek. Wszakże społeczno-gospodarcza zależność chłopa od warstw wyższych była glebą, na której bujnie krzewiła się bierność ludu, niezaradność i ospałość myśli. Tylko jednostki wybitne brały się za bary z trudnościami, a siłą woli, talentem i zaciekłą pracą starały się o przekształcenie "tradycyjnie niezmiernej" rzeczywistości chłopskiej. Cóż bowiem jeśli nie wola przekształcenia tej rzeczywistości skłoniło niepiśmiennego chłopa pańszczyźnianego, Jana Wnęka, do tytanicznych wysiłków i pasji twórczej, której kres kładzie dopiero śmierć? Wnęk słyszał zapewne o płanetnikach ujeżdżających rozhukane chmury, o Twardowskim jeżdżącym na kogucie, a może i o proboszczu z Mucharza, który na drzwiach kościelnych "za sprawą diabła" miał odbyć podobłoczną podróż do Rzymu. Słyszał zapewne ludowe bajki o skrzyniach i płaszczach latających, a od organisty podczas pieczenia opłatków dowiedział się o wozie ognistym Eliasza. Wątpliwą jest rzeczą, czy ktokolwiek opowiedział mu legendę o architekcie ateńskim, Dedalu, który wraz ze swym synem Ikarem uciekał z wyspy Krety na skrzydłach z piór ptasich, sklejonych woskiem. Natomiast słyszał zapewne opowieść o czterech Tatarach, którzy uciekli z zamku w Wiśniczu przy pomocy skrzydeł, przymocowanych do ramion. Lot ich, jak opowiada lud w tych stronach, zakończył się katastrofą, gdyż wszyscy zbiegowie runęli na ziemię i pozabijali się: jeden koło zamku wiśnickiego, drugi w Kopalinach, trzeci w Bukowcu, a czwarty w Lipnicy, o czym świadczyć mają jednakowego kształtu figury (kolumny), wzniesione w tych miejscach. Tego rodzaju jednak klechdy i opowiadania nie mogły pokierować jego pomysłami technicznymi. Całą konstrukcję skrzydeł od początku do końca wykonał Wnęk sam. Tak samo postępowali i inni. Wspomniany w Dziejach Apostolskich Szymon Czarnoksiężnik popisać się chciał w r. 67 n.e. przed cesarzem Neronem swoimi skrzydłami do latania, ale nie wiedząc o tym, że w zamkniętej przestrzeni Cyrku nie mogą podtrzymać jego ślizgowca wstępujące prądy powietrzne, istniejące w przestrzeniach otwartych, runął na ziemię i krwią swoją obryzgał Nerona. Takim śmiałkiem, który podobnie jak lotnik odporyszowski przyczepił sobie skrzydła do rąk i nóg, po czym rzucił się z wieży kościelnej, był Benedyktyn Olivier z klasztoru Malmesbury. Odważny swój czyn przypłacił on w r. 1060 ciężkim kalectwem, gdyż uleciawszy sto dwadzieścia kroków, runął na ziemię, łamiąc sobie obie nogi. W sto lat później, tj. w 1161 r., mag saraceński zabił się, popisując się lotem na swoich skrzydłach podczas wielkiego widowiska, urządzonego w cyrku prizez sułtana Arslana dla cesarza bizantyńskiego, Mamela I. Skrzydła tego maga składały się z drewnianych ram obciągniętych tkaniną, a więc tak samo, jak skrzydła Lilienthala z końca XIX wieku. Tę samą zasadę pomysłu urzeczywistnił w 1496 r. matematyk Giovanni Dante z Perugii. Z początku dopisywało mu szczęście. Na wykonanych przez siebie skrzydłach udało mu się kilka razy latać bez szwanku nad jeziorem Trazymeńskim, aż wreszcie i jego dotknął zawistny los. Chcąc uświetnić wesele generała Alviano z Wenecji, wszedł na szczyt Campanelli i sfrunął, by jako gość niebieski dołączyć się do orszaku weselnego na Placu św. Marka. Przeleciał około trzystu osiemdziesięciu kroków. Nagle pękło mu jedno żebro skrzydła i nieszczęśliwy lotnik runął na dach kościoła św. Marka. O przeobrażeniu ludzi w ptaki latające wśród chmur marzył mistrz Leonardo da Vinci, który pozostawił po sobie szkice do pierwszego spadochronu oraz do skrzydłowców wprawianych w ruch siłą rąk i nóg. W późniejszych wiekach nie brakło śmiałków, ryzykantów, eksperymentatorów, szaleńców i samobójców, którzy zazdroszcząc ptakom lotu przypinali sobie skrzydła do ramion i rzucali się z wysoka na łeb, na szyję. A w parze z nimi szli spadochroniarze. W 1616 r. zlatywał z wieży kościelnej w Wenecji Faust e Yerancio (Fausto Yerantius), a właściwie Francis z Dalmacji, siedząc na sznurkach swego parasolowatego baldachimu. W 1783 r. fizyk francuski Lenormand próbował wytrzymałości swoich skrzydeł, skacząc z dachu wysokiego domu. W 1877 r. Capretti wykonał dwa parasole, zaopatrzone w druty, których trzymał się oburącz podczas lotu, ale przed nim zrobił to w uproszczony sposób polski szewc z Ciechanowa, który zeskoczył z wysokiej wieży pałacowej w Opinogórze, trzymając się rękojeści swego silnego parasola. Eksperyment ten ponawiał kilka razy bez szwanku, uprzednio zawsze sobie podchmieliwszy celem nabrania lepszego samopoczucia. W tym szeregu magów, zakonników, matematyków, sprytnych rzemieślników i majsterków do wszystkiego na pierwsze miejsce wybił się niespornie chłop polski. Nikt bowiem przed nim nie zdołał dokonać tak "długodystansowego" lotu. Nikt ani przed nim, ani po nim nie został tak jak on zapomniany i przemilczany. Z historycznego punktu widzenia wysiłek chłopa krakowskiego, Jana Wnęka, zajmuje pozycję ważną. Uprzytomnić sobie bowiem musimy, że w możliwość wykradzenia tajemnicy ptakom wierzyła ludzkość już od czasów Arystotelesa i Pliniusa, a w 1252 r. uczony franciszkanin angielski, Roger Bacon, w dziele De secretis operibus artis et natura podniecał umysły twierdzeniem, że zbudowanie mechanizmu, który by małym wysiłkiem mięśni ludzkich naśladował funkcję skrzydeł ptasich, należy do niespornych możliwości ludzkich. Wierzyli w to magowie i filozofowie starożytni, mnisi średniowieczni, renesansowi uczeni z wielkim Leonardem na czele oraz fizycy nowożytni. Wierzył w to również i polski chłop pańszczyźniany ubiegłego wieku i pochłaniającej go pasji pokonania przestrzeni oddał życie. Prawda, że były to wyniki robione na ślepo, bez ścisłych studiów nad muskulaturą skrzydeł ptasich i ich funkcją, bez znajomości praw fizyki i obliczeń matematycznych. Niemniej stwierdzić należy, że do dziś zagadnienie, nad którym biedził się konstruktor odporyszowski, tzn. wyjaśnianie tajemnicy lotu ptaków, nie zostało dotychczas rozwiązane. Nie wolno również traktować pobłażliwie długości lotów Wnęka, gdyż ostatni jego lot zakończony katastrofą wyniósł przeszło pół kilometra, poprzednie zaś były niezawodnie dłuższe. Rozgłos światowy zdobył w lutym 1935 r. dwudziestodwuletni pilot amerykański i skoczek spadochronowy Elem Sohn z Dayton na Florydzie, gdyż w dobie rozkwitu aeronautyki odważył się nawiązać do Ikarowych tradycji. Wyskoczył on z samolotu na wysokości 4000 m, rozpiął spadochron, aby wnet odczepić go i zlatywać na skonstruowanych przez siebie skrzydłach o aluminiowym szkielecie. Skrzydła te, długie na 2 m, a szerokie na l m, obciągnięte płótnem żaglowym, przypiął sobie Elem Sohn do rąk i nóg, a poruszał je, podobnie jak Wnęk, siłą własnych mięśni. W dwa miesiące później tegoż roku podobnego lotu dokonał pilot radziecki i skoczek spadochronowy C. A. Schmidt, posługując się skrzydłami specjalnie skonstruowanymi przez sowieckiego technika eksperymentalnego z Instytutu Smirnowa. Wyskoczył on z samolotu na wysokości 1500 m, latał przez 45 sekund, a potem na wysokości 600 m otworzył spadochron i wylądował. We wrześniu zaś 1935 r. dwaj dyplomowani inżynierowie konstruktorzy, Haeseler i Yillinger, stając w zawody o nagrodę konkursową, wyznaczoną przez politechnikę we Frankfurcie nad Menem, latali nad lotniskiem w Rebsteff, ale na samolotach, których śmigło obracało się siłą mięśni nóg. Podczas pierwszej próby pilot przeleciał zaledwie 195 m, a podczas drugiej 233 m. Potem moskwiczanin, Dymitr Iljicz, skonstruował ornitopter, by na nim latać jak ptak, a w 1959 roku Anglik, Emil Hartmann, wykonał samolot, którego skrzydłami zaopatrzonymi w wyolbrzymione pióra ptasie miał poruszać siłą mięśni. Cóż wynika z przytoczenia tych przykładów? Zatraca się wprost proporcja tych faktów, jeśli zestawiamy wyniki lotu chłopa krakowskiego, Wnęka, z lotami fachowców wyposażonych w naukę i doświadczenie. A przecież inżynierów niemieckich zarzucano po ich locie telegramami pełnymi uznania, a o Sohnie na Florydzie pisano szumnie: "Od czasów mitycznego Dedala i Ikara nie zdarzyło się jeszcze, aby powiódł się człowiekowi lot w powietrzu wyłącznie o sile własnych mięśni". W czynie chłopa pańszczyźnianego, Jana Wnęka, dopatrzyć się można jeszcze jednej rzeczy, bodaj ważniejszej od przytoczonych tutaj rekordów lotniczych. Należy sobie uprzytomnić, że do początku XIX wieku w różnych długościach geograficznych środki komunikacyjne były niezmienne; do początku ubiegłego wieku niski poziom techniki, uświęcony tradycyjnym prymitywem, zaspokajał potrzeby ludzkości od wielu wieków. Jedynie umysły wyrywające się z takiej skostniałej rzeczywistości marzyły "o siedmiomilowych butach, o skrzydłach Ikarowych, o kolejach, które by prześcigały najszybszego rumaka, o samolotach latających szybciej od jaskółki, o łodziach, które by pruły wodę szybciej od pstrąga. W plejadzie tych marzycieli nie brakło i chłopów polskich, których wysiłki zasługują na to, żeby o nich pamiętać. Nazwisko Wnęka przypomnieliśmy dopiero w 1948 r., pomieszczając dzieła jego dłuta na wystawie sztuki ludowej w Krakowie, Łodzi i Wrocławiu, a potem wysyłając je wraz z innymi arcydziełami tej sztuki na reprezentacyjną wystawę do Brukseli i Paryża oraz do Nowego Jorku. Za granicą podziwiano dzieło jego dłuta, ale w Polsce także powinniśmy otoczyć czcią pamięć o tym chłopskim artyście i utalentowanym wynalazcy, który odważył się wzlatywać w przestworza na sztucznych skrzydłach zbudowanych tak samo, jak przed 350 laty skrzydła projektowane przez Leonarda.

 GŁÓWNA STRONA